Podzielę się z Wami teraz zdjęciami z wycieczki w góry, która wyszła mega spontanicznie i w gruncie rzeczy miał to być wyjazd ze znajomymi tylko po to by posiedzieć w swoim gronie. Ale że ja od jakiegoś czasu mam nową zajawkę, która będzie już trwała pewnie do końca moich możliwości, zaplanowałam moc atrakcji turystycznych na ten wyjazd.
Skupię się na wycieczce w góry. Miejscowość: Karpacz. Cel: Wejście na Śnieżkę (?) ... Chyba naszym celem było przetrwanie trasy, którą wymyśliłam.
Byłam odpowiedzialna za trasę i za ludzi, ośmioro ludzi na mojej głowie... Włącznie ze sobą.
Nie miałam problemów z wyznaczeniem trasy, ponieważ już wcześniej ją robiłam z inną ekipą wiec w sumie wiedziałam czego się spodziewać, aczkolwiek i tak odpowiedzialność była wielka. Bycie przewodnikiem to nie lada wyzwanie. Przygotowywałam się solidnie o legendy, trasy czy ciekawostki na tyle ile mogłam zrobić bez większego doświadczenia. Grupa nie była zaawansowana w trekkingu wiec też nie wiedziałam czy w ogóle damy radę, ależ jakie było zadowolenie gdy zrobiliśmy cała trasę. No z małymi zmianami, ale ważne ze daliśmy radę.
Zaczęliśmy od wejścia zaraz przy zakręcie anomalii żółtym szlakiem zwanym Drogą Bronka Czecha ( B.Czech - ratownik, narciarz)
Wcześniej mijaliśmy Dziki Wodospad.
Dziki Wodospad to zapora przeciwrumoszowa, przeciwpowodziowa.
Powyższe zdjęcie przedstawia drogę na Polanę B. Czecha, nasz pierwszy przystanek na złapanie oddechu i łyk wody.
Najgorsze są początki i przyzwyczajenie się do zmiany ciśnienia. Chodzenie po górach, zdobywanie kolejnego szlaku to tak naprawdę walka z samym sobą... Nie jest to dla każdego. Ćwiczymy tutaj swoją silną wolę ale też odnajdujemy siłę i spokój. Sama dopiero zaczynam swoją przygodę ze zdobywaniem gór ale wystarczyła tylko jedna wyprawa z dobrą ekipą bym się w tym zakochała.
Kolejnym przystankiem są skały zwane Kotkami. Dosłownie minutowe rzucenie okiem na skały i dalsze podążanie żółtym szlakiem na przystanek trzeci : Pielgrzymy.
Uwielbiam zdjęcia w tym właśnie klimacie, są takie tajemnicze... Swoją droga ten krajobraz bardzo przypomina mi Tatry...
Jak można się nie zakochać ? Jak można nie doceniać naturalnego piękna ?
Na szczęście ekipa potrafiła to docenić. Michał podziwiał przepiękne tereny Karkonoszy
I mamy Pielgrzymy. Są to ogromne granitowe skały, maja ok 25 metrów.
Jesteśmy na poziomie 1200 m.n.p.m.
Dlaczego Pielgrzymy ? Ponieważ z dalszego szlaku gdy mamy te skały za sobą przypominają faktycznie pielgrzymów, którzy podążają w nieznanym nam kierunku.
I w ciągu dalszym żółtym szlakiem idziemy do kolejnego przystanku : Słoneczniki
Kolejne granitowe skały. Wysokość 1423 m.n.p.m
Inaczej nazywamy go Kamieniem Południa. Ponieważ z dołu gdy opatrzymy się w ich kierunku faktycznie wskazują Południe. Jedna część skały przypomina postać ludzką, której mi się nie udało dojrzeć, ale miedzy innymi dlatego kolejną nazwą dla Słoneczników to Diabelski Kamień.
Teraz idziemy czerwonym szlakiem i zmierzamy w kierunku Stawów.
Witamy kocioł Wielkiego Stawu. Ma ok 25 metrów głębokości.
Kocioł Małego Stawu. Inaczej Samotnia.
Pięknie widzimy Samotnie a nad nią Śnieżkę.
Droga Śląska na Schronisko Dom Śląski
I mamy ją. Śnieżkę.
Podzieliliśmy się na dwie grupy.
Pewniejsi szli szybszą trasą, a ci co mogli nie dać rady wzięli bezpieczniejsze rozwiązanie, drogę mniej stromą. Tak czy siak wszyscy szczęśliwie dotarli na górę. Oczywiście było mega zimno i wiatr okropnie targał, ale każdy był zadowolony ze swojego osiągnięcia.
Razem schodziliśmy mniej stromą drogą. A widoki naprawdę....
Widok ze Śnieżki na Schronisko
Schodziliśmy już czarnym szlakiem. Pisałam na początku, że zmienialiśmy plany. Pierwotnie mieliśmy ze Śnieżki cofnąć się do Spalonej Strażnicy i stamtąd niebieskim szlakiem na Strzechę i Samotnie jednakże problemy zdrowotne zmusiły nas na szybszy powrót do domu. Stąd wracaliśmy czarnym szlakiem, a powyższe zdjęcie właśnie z tego szlaku.
Ostatnia godzina męczącej drogi w dół , czarnym szlakiem.
Płynie tędy strumyczek. Można nabierać stąd wody , a jest taka chłodna i dobra.
Reasumując zrobiliśmy ok 17 km. Zaczęliśmy jakoś o 9.30 a skończyliśmy po 18, o ile dobrze pamiętam. Niesamowita przygoda. Widoki naprawdę warte uwagi. Byłam naprawdę mega dumna ze swoich dzieci, że dali radę mimo bólu, mimo chłodu, wiatru. Byłam i wciąż jestem wdzięczna za zaufanie, którym mnie obdarzyli. Nie wiedzieli do końca na co się piszą a jednak nic nie mówili tylko motywowali sie nawzajem. I o to własnie chodzi w górach. Dziękuje, że dotarliście do końca mojej przygody w Karpaczu. Na pewno nie jest to ostatnia. Zostawiam Was z najważniejsza zasadą :
W górach idziemy razem i zawsze wracamy razem. Każdy każdego motywuje. Jesteśmy my, nie ja.